Pogadanki moralne, obyczajowe i historyczne cz. 7

Wtem drzewa zaczynają się przewracać, coraz to puściej robi się wokoło; zdziwione i przestraszone zwierzęta widzą, że to jacyś ludzie ścinają im ich stare dęby i są powodem tego całego hałasu. Któż to był taki? A byli to ludzie, którzy przyszli w te strony, żeby sobie a zawsze mieszkanie wybudować. Było ich niewielu, ale mieli mądrego i sprawiedliwego dowódcę. Nazywał się Lech i wszystkim dawał rozkazy. Lech był bardzo silny i ogromny mężczyzna, nie nosił surduta, tylko był ubrany w skóry, że go ani deszcz nie przemoczył, ani mróz nie przeziębił. Stał na górze, rozkazywał wszystkim i wszyscy go słuchali, wiedząc, że mądrze i sprawiedliwie rządził, ale w tej chwili był bardzo zamyślony, bo, jak tu nazwać miasto, które miał budować? Trzeba było koniecznie, aby się pięknie nazywało, skoro miało być największym i najwspanialszym w całym kraju. Lech stoi i myśli i nic wymyśleć nie może, a jego żołnierze ścinają drzewo za drzewem. Wtem podcięli ogromnego dęba, i ten powoli staczał się, kiedy z samego jego wierzchołka spadło… gniazdo!, ale to prześliczne, ogromne orle — i potoczyło się pod nogi zadumanego Lecha.

One Comment
  1. Reklama
    |